Wczoraj, w składzie Hania-Kasia, Krys Dobrodziej, Szyman wybraliśmy się do nowego baru wietnamskiego Toan Pho, który mieści się w Warszawie, przy ul. Chmielnej 5/7.

Lokal jest prowadzony przez rodzinę, która wcześniej prowadziła bar na błoniach Stadionu Dziesięciolecia. Krys Dobrodziej dobrze zarządził – wybranie się do Toan Pho okazało się strzałem w dzisiątkę. Spróbowaliśmy nowych potraw i najedliśmy się do syta za nieduże pieniądze. Kto nie bywał w barkach wietnamskich na Jarmarku Europa, musi koniecznie wybrać się do baru przy Chmielną – można tam spróbować potraw, jakich nie zało się dotychczas, o co niełatwo w Warszawie, bo powstaje niewiele miejsc z oryginalną kuchnią innych narodów. W Toan Pho dania smakują zupełnie inaczej niż w większości barów wietnamskich nastawionych na polskich konsumentów.

Porcje są duże i sycące, a ceny potraw oscylują wokół kwoty 15 zł. W zasadzie do najedzenia się wystarczyłoby w zupełności jedno danie, ale z łakomstwa i chęci poznania nowych smaków zamówiliśmy po dwa.

Skusiłam się na zupę z kurczaka (14 zł). Dostałam solidną porcję gorącej zupy – bulion z kawałkami cienko pokrojonego kurczaka, dużą ilością zieleniny, m. in. kolendry i makaronu ryżowego (wstążki). Zupa bardzo smaczna i pożywna, problem był jedynie ze zjedzeniem makaronu, bo był on długi (nie tną go tam na mniejsze kawałki), więc trzeba było próbować różnych technik jedzenia – nawijania na widelec jak spaghetti, wyławiania pałaczekami, wciągania ustami itp. Lepiej nie wybierać się tam w eleganckim ubraniu, bo można je szybko zabrudzić w trakcie jedzenia wietnamskich dań.

W menu są do wyboru zupy z różnymi dodatkami – oprócz kurczaka także z wołowiną, kaczką, rybą – ceny 13 – 15 zł. Rewelacyjna okazała się zupa rybna z dodatkiem kawałków karpia smażonego na chrupko, którą zamówił Szyman.

Zamówiłam także naleśniki sojowe (15 zł). To danie nie okazało się dobrym wyborem – wietnamskie naleśniki w niczym nie przypominają naszych. Myślałam, że będzie to coś podobnego do sajgonek, jednakże bardzo się zdziwiłam, gdy podano mi danie – odbiegało ono znacząco od mojego wyobrażenia o nim. Naleśniki wyglądały tak, jakby papier ryżowy namoczono w gorącej wodzie – na talerzu leżały kupki masy sojowej z dodatkiem drobnych kawałków grzybów. Na wierzchu ułożono kawałki czegoś dziwnego, co wyglądało jak mielonka i miało nijaki smak. Całość była posypana zieleniną i smażonym na chrupko, pokrojonym na plasterki czoskiem. Do dania podano w oddzielnej misce słodko-kwaśny płyn, w którym należało maczać naleśniki. Z całego dania najbardziej smakował mi czosnek – reszta nieszczególna. Raczej nie polecam tego dania, inne są o wiele lepsze.

Krys Dobrodziej zamówił sałatkę z wołowiną – składała się ona z warstwy makaronu na spodzie, kolejna wartwa to zielenina i kiełki, następna to kawałki wołowiny, a na wierzchu smażony czosnek. Sałatka bardzo smaczna, a porcja duża.
Szyman skusił się jeszcze na danie z wołowiny, natomiast Krystow zamówił na koniec porcję sajgonek (5 szt., 10 zł), które zdegustowaliśmy wspólnie. Sajgonki bardzo smaczne, świeżutkie, chrupiące, podane z surówką z kapusty i marchewki.
To miejsce z pewnością dołączy do listy mopich ulubionych lokali, w których można zjeść na szybko coś smacznego. Już mnie ciągnie, aby wybrać się tam ponownie i spróbować jeszcze innych dań.
Po kolacji w Toan Pho wybraliśmy się jeszcze na piwo do Bierhalle, gdzie Szyman na wstępnie zrobił kelnerce mały egzamin z wiedzy o piwie. Pani zdała go celująco, odpowiadając bezbłędnie na pytania naszego eksperta od piwa. Zaproponowała nam bezpłatną degustację – podała każdemu z nas po trochu każdego z serwowanych w lokalu piw i dopiero po degustacji zdecydowaliśmy się, które piwo chcemy zamówić.
Podsumowując, bardzo udane spotkanie, mimo że tym razem spotkaliśmy się tylko w trzyosobowym gronie. W kilkuletniej historii spotkań naszej grupy niewiele było lokali, z których wychodziliśmy tak najedzeni, na dodatek za nieduże pieniądze. Śmiało możemy polecić ten lokal wszystkim amatorom kuchni azjatyckiej – warto tam pójść.
wpisuję na listę : do odwiedzenia. zupa z kurczakiem wygląda smakowicie:)
Przez: restaurantica w listopad 7, 2009
o 8:02 am
Zupa z kurczakiem dobra, a z karpiem jeszcze lepsza. Byłam tam ponownie i skusiłam się właśnie na zupę rybną.
Przez: wgco w listopad 7, 2009
o 8:54 pm
Już grudzień blisko czas pomyśleć o wigilii- może zrobimy u mnie bo to zmobilizuje mnie do uporządkowania domu na święta- właśnie otynkowałem i uruchomiłem centralne ogrzewanie powinno być ciepło.
pz.
Przez: Krystow w listopad 9, 2009
o 4:03 am
Krystow, dobry pomysł, aby pomyśleć o spotkaniu wigilijnym. Dzięki za gotowość do zorganizowania spotkania u Ciebie. Może jako gospodarz zaproponuj termin, jaki by Ci odpowiadał. Myślę, że w pierwszy lub drugi weekend grudnia, bo potem już wszyscy będą zajęci świętami. Moim zdaniem 12 grudnia to byłby dobry termin.
Przez: hania-kasia w listopad 9, 2009
o 1:50 pm
Ja niestety prawdopodobnie 12.12. będę na nartach
Przez: black_mamba w listopad 10, 2009
o 9:56 am
To i ja swoje grosze trzy dołożę… W zeszłym tygodniu korzystając z krótkiego pobytu w Warszawie wybrałem się do tego baru. Dość specyficzny klimat – coś pomiędzy standardową buda wietnamską, a barem dryfującym w kierunku restauracji (ale jeszcze sporo wiosłowania przed nimi…). W wystroju jest pare elementów jakby przemyślanych, a część przypadkowych , no i ten śpiew ptaków z płyty…
Dla mnie była to też pewna przygoda logistyczna, bo nie do końca wiedziałem czy zamawiać przy barze,czy czekać na obsługę. Dostałem też dania w odwrotnej kolejności nie się spodziewałem-więc nie od razu zareagowałem na okrzyki szefa, zwłaszcza, że siedząc przy drzwiach nie miałem z nim kontaktu wzrokowego…
Moim głównym daniem była sałatka z rybą. Od zupy rybnej różniła się chyba stopniem odcedzenia zupy… Początek nie był zbyt dobry. Sałatka składa się z makaronu ryzowego/sojowego zanurzonego w ciepłej zupie, na wierzchu troche warzyw, kawałki panierowanej ryby, dodatki w stylu prazone orzechy ziemne, smazony czosnek. W rybie, która była zimna,w odróżnieniu od spodu sałatki, trafiłem na ośc wielkości gnata.
Ale nie zraziłem się i dobrze. W miarę postępów jedzenia zacząłem odkrywać smak. Sama ryba nie smakowała mi specjalnie,ale całość miała przyjemny posmak kwaśno –kolendrowy. Trzeba przyznać,że mocno odbiegający od paszy serwowanej w budzie,do której swego czasu chodziłem na lunch na ul. Postępu.
W sumie stawiam mały plus (mały za zimną rybę…)
Sajgonki były gigantyczne
, mi raczej nie przypadły do gustu, ponieważ ciasto było co prawda cienkie i chrupiące,ale zawartośc … nijaka w smaku-zmielone mięso,grzyby i warzywa. Do tego troszkę sałatki i miseczka zupy, całkiem ciekawej –słodko kwaśnej. W standardach polskich taki płyn nazwałoby koncentratem zupy
, ale mi to odpowiadało. Na deser herbata zielona w szklance od CocaColi w proporcjach – herbata -2 : woda – 1. Smakowała mi,mimo ze nie przepadam ogólnie za zieloną…
Należy jeszcze wspomniec o dodatkach do dyspozycji klientów – gama plastikowych sztućców, pałeczki, ostry sos chili (na taki wyglądał) oraz marynowany czosnek w plasterkach. Jeśli jedliście kiedys takie marynowane ząbki ze sklepu to przeżyjecie zaskoczenie na granicy szoku… Te w barze to surowy,ostry czosnek marynowany w occie, niezły przerywnik smakowy…
Ogólnie – warto zajrzeć, samemu się przekonać….
Przez: jacinto w listopad 23, 2009
o 4:33 pm